» Śląski oldskul
Śląski oldskul
No i stała się rzecz nieunikniona: po 12 kolejce trzy ostatnie miejsca w ekstraklasie zajmują zespoły z Górnego Śląska. Ostatnie trzy, jakie temu regionowi w najwyższej lidze pozostały. Wierchuszka PZPN pewnie pluje sobie teraz w brodę, że przed sezonem nie wprowadziła trzech bezpośrednich miejsc spadkowych - w przyszłym roku liga po raz pierwszy zostałaby oczyszczona z górnośląskiej piłki. Takie już czasy, że ligowi nuworysze z nieukrywaną schadenfreude prawią niby mimochodem mądrości o tym, że w ekstraklasie nie powinno być miejsca dla tych, których na nią nie stać. Od kilku lat adresatami tych dykteryjek są prezesi klubów z aglomeracji, której przedstawiciele zdobyli łącznie 31 tytułów mistrza Polski. Jakaż musi być uciecha szefostwa klubików bez tradycji, za to z kasą, kiedy kosztem dawnych gigantów budują swoje wunderteamy. Jakież muszą mieć jednak kompleksy, skoro obwieszczają światu na transparentach swoje "vice-mistrzostwo", przy czym przedrostek dopisują literami widocznymi dopiero z bliska. O tym, jaką miłością warszawskocentryczny futbol made in Poland pała do Śląska, najlepiej świadczy casus chorzowskiego Stadionu Narodowego. Największy i najnowocześniejszy polski obiekt, dla wielu pokoleń symbol najwspanialszych zwycięstw naszych drużyn narodowych i klubowych, jest niemiły piłkarzom dodatkowo bałamuconym i judzonym przez oficjeli. Zarzut do publiczności, która stawiła się na wrześniowym meczu z Anglią w liczbie dwukrotnie przekraczającej dopuszczoną pojemność innych krajowych aren (trybuny poznańskiego Lecha jako chlubny wyjątek nieco psują statystykę) brzmiał: "Bo kibice zbyt głośno dęli w trąbki". To jeszcze bardziej ponury absurd niż znana ze wstrząsających bilboardów "za słona zupa". Kopacze Janasa i Listkiewicza reprezentują już pokolenie, dla którego granie w Chorzowie jest obciachem, bo to teraz ledwie drugoligowe miasto, a okoliczne drużyny dołują na wszystkich szczeblach. Piłkarski Śląsk nie kojarzy im się tak, jak to drzewiej bywało - z bezdenną kopalnią talentów, z dekadami niezagrożonego panowania drużyn z Chorzowa, Zabrza czy Bytomia. Trudno się dziwić, że chłopcy za wszelką cenę chcący być trendy (poza boiskiem, bo na murawie często umiejętności nie staje), nie lubią grać tam, gdzie zieje bidą. Nasi kadrowicze słowo "tradycja" zastąpili pejoratywnym synonimem: "oldskul". Śląsk nie jest trendy, no chyba, że się krakowskie gwiazdy chcą zabawić w bezpiecznej odległości od swoich domostw - prując lewym pasem autostrady mogą dotrzeć w pół godziny do renomowanej tancbudy i bezkarnie podrywać dziołszki zauroczone furą, skórą i koafiurą (komóra to już gadżet cokolwiek spowszedniały). Dla pzpnowskich urzędasów każdy pretekst do tego, by się ze Śląski(e)m pożegnać, byłby dobry. Jako, że się obyło bez spektakularnej demolki wśród kiboli, a kadra z Anglią frajersko przegrała - wymyślono trąbki. Gdyby wprowadzono zakaz używania sygnałów dźwiękowych na stadionie, nasze orły uznałyby zapewne, że poraziła ich cisza. Jeśli jedyny w Polsce stadion mianowany obiektem narodowym, nie zasługuje na mecze reprezentacyjne; jeśli drugi rok z rzędu mamy eksportowego jedynaka o stadionie mieszczącym 5 tysięcy widzów wliczając miejsca na okolicznych drzewach, to śmiem twierdzić że rodzima piłka ulega sukcesywnemu p o m n i e j s z a n i u. Coraz mniej ludzi może oglądać mecze coraz mniejszej rangi. Niechże się więc Ślązacy nie martwią, że wielka piłka ich omija. Wielkiej piłki to już w Polsce nie ma.
Źródło: Rzeczpospolita



