» Nowości
Mariusz Śrutwa oskarża Marka Wleciałowskiego
- Czy dotarło do mnie, że to już naprawdę koniec? Nie. Jak ktoś biegał za piłką od ósmego roku życia, to trudno tak nagle zerwać z przeszłością. Nie ma dnia, żebym nie spotkał się z kolegami z zespołu. Wiem, co dzieje się w klubie, żyję tym - mówi Mariusz Śrutwa.
Pożegnanie Śrutwy z Ruchem Chorzów to wydarzenie piłkarskiego lata na Śląsku. Trener Marek Wleciałowski podjął decyzję, że nie widzi 35-letniego napastnika w drużynie i zdania nie zmienił. Nie obyło się bez emocji, oskarżeń, a nawet łez. Teraz pierwszy raz mówi o tym sam Śrutwa, który wcześniej konsekwentnie odmawiał komentarza.
Jak Pan sobie wyobrażał swoje pożegnanie z Ruchem?
- Wierzyłem, że pomogę drużynie awansować do ekstraklasy. Potem zagram symbolicznie kilka minut...
A gdyby się nie udało? Przedłużałby Pan ten moment w nieskończoność?
- Wszystko zależałoby od mojej dyspozycji. Faktem jest, że miałem marzenie i ktoś mnie brutalnie sprowadził na ziemię.
Ktoś, czyli kto?
- Zawiodłem się na trenerze. Zawiodłem się, bo nie miał na tyle odwagi, by powiedzieć mi w twarz: "Nie chcę Śrutwy w drużynie". Tymczasem on opowiadał, że "nie podołam trudom sezonu". Ciekawe, skoro miesiąc temu byłem podstawowym piłkarzem Ruchu. Poza tym trener skłamał, mówiąc, że decyzję o moim odejściu podejmą działacze. Miał pecha, bo chwilę potem do szatni wszedł Mariusz Klimek [udziałowiec i sponsor Ruchu - przyp. red.] i stwierdził, że decyzję podjął tylko trener.
Może więcej argumentów usłyszał Pan w prywatnej rozmowie z trenerem?
- Też nie. Prosiłem Marka o argumenty, przykłady, ale on milczał. Ja tymczasem mogę przytoczyć dziesiątki przykładów, które świadczą o tym, że trener zawiódł. Wstawili się za mną cały zespół, dyrektorzy, Rada Nadzorcza, kibice. Wszyscy powtarzali, że to zła, błędna decyzja, ale trener zdania nie zmienił.
Ponoć trener miał do Pana żal, że podważał jego autorytet przy innych piłkarzach. Tak było po meczu z Piastem Gliwice, gdy zrugał Pan Marka Wleciałowskiego jeszcze podczas spotkania, na ławce rezerwowych.
- Fakt, takie zajście miało miejsce. Nie mogłem się pogodzić z tym, że trener sadza mnie na ławce, chociaż jeszcze kilka minut wcześniej, w przerwie meczu, mówił, że na mnie liczy. Powtarzał, że "to ja mam pociągnąć zespół". A potem była ta spektakularna zmiana. Zdenerwowałem się...
Czy to prawda, że był Pan gotów zamilknąć i nie komentować decyzji trenera za cenę pozostania w Ruchu?
- Tak. Powiedziałem, że nie muszę się w ogóle odzywać. Nie pomogło.
Potem Mariusz Śrutwa sięgnął do zeszytu i zaczął wertować strony, na których spisał „grzechy” trenera. Mówił m.in.:
O Grecji
Wszystko zaczęło się podczas zimowego obozu. Trener próbował zepsuć atmosferę. Najpierw podchodził Michała Smarzyńskiego, a potem młodych. Za każdym razem powtarzał, żeby nie trzymali ze starszymi, czyli też ze mną. Z naszego nowego masażysty zrobił kapusia. Szybko go rozgryźliśmy. Mówiliśmy mu, że albo jest z nami, albo z trenerem. Masażysta był z trenerem, a do tego co drugi dzień był pijany. Miał chyba z osiem ostatnich szans, by się poprawić, teraz żegna się z klubem. Jeszcze w trakcie obozu trener dzwonił do Polski i prosił działaczy, by rozwiązać umowy z dwoma doświadczonymi piłkarzami. Mnie chciał odstrzelić na początku. Proponował mi funkcję menedżera.
O treningach i kolegach z drużyny
Trudno przyczepić się do przygotowań do sezonu, bo te były naprawdę dobre. Gdy zaczęły się rozgrywki, zaczęło nam jednak brakować zajęć z piłką. Zmiany wymusiliśmy na trenerze dopiero po drugiej czy trzeciej kolejce. Trener "spalił" też kilku piłkarzy. Zaczęło się od Tadka Bartnika, z którym przez cały okres nie zamienił chyba dwóch zdań. Potem zarzucił mu, że symuluje kontuzję. Na minę wsadził też Dawida Bastę, Rafała Wawrzyńczoka, a potem Krzyśka Bizackiego [ma propozycję gry z Koszarawy Żywiec - przyp. red.]. Trener załatwił też Marcina Kośmickiego, gdy nierozgrzanemu kazał dźwigać ciężary, aż wypadł mu dysk. Przyłożył też rękę do tego, że Grzegorz Rajman prawdopodobnie już nigdy nie zagra w piłkę. To on uparł się, by Grześka diagnozował tylko jeden lekarz [Jerzy Wielkoszyński - przyp. red.]. Teraz dowiaduję się, że operacji nogi Rajmana nie podjęła się nawet klinika w Stuttgarcie, może poskładają go w Monachium? Może... Gdzie są nasze "młode wilczki": Janoszka, Markiewicz, Foszmańczyk, Wawrzyńczok? Wcześniej grali, byli powoływani do młodzieżowych reprezentacji. Teraz są do wypożyczenia...
O kapitanie
Na początku naszej współpracy przypomniałem trenerowi, że jestem kapitanem i spytałem, czego ode mnie oczekuje. Udał zdziwienie, a potem promował pomysł, że kapitanów będzie czterech. Najbardziej stawiał na Grzesia Bonka, ale ten też stwierdził, że "kapitan jest jeden i nazywa się Śrutwa". Przeprowadził też wśród piłkarzy ankietę, by sami mogli wybrać, kto założy opaskę kapitana. Wyników tej ankiety nigdy nie poznaliśmy.
O meczach
Po wygranym spotkaniu z Lechią Gdańsk trener wymyślił, że da odpocząć kilku zawodnikom, którzy bardziej przydadzą mu się w kolejnych spotkaniach. Przeprowadził ze mną rozmowę, z której wynikało, że sam mam zaproponować chęć odpoczynku. Nie zgodziłem się. Po przegranym meczu z Widzewem przez 25 minut tłumaczył nam, że jest zadowolony, bo łodzianie pokazali nam, jak mamy grać. "Macie się bronić, a nie atakować" - podkreślał. Przed meczem ze Śląskiem było już tak źle, że konieczna była interwencja Mariusza Klimka. Atmosfera poprawiła się, ale tylko na chwilę. W czasie spotkania poważnej kontuzji nabawił się jeden z piłkarzy [chodzi o Grzegorza Barana - przyp. red.]. Chłopak dostał w głowę, przestał kojarzyć. Lekarz mówi: "musi zejść", trener odpowiada: "musi grać". Przegrywamy. Trener prowadzi analizę. Zastanawia się, jaka była przyczyna porażki. Nie wytrzymałem i odpowiedziałem, że to dlatego, bo po boisku biegał "niewidomy".
Mówił Pan to trenerowi w obecności kolegów z zespołu?
- Starałem się, a od pewnego momentu działo się tak zawsze. Nie chciałem, żeby ktoś potem przeinaczał moje słowa. A tak miałem świadków.
Dziwnych decyzji trenera było więcej... Nie rozumieliśmy, dlaczego pół zespołu miało mieć wolne, a reszta trenować. Dlaczego piłkarze dowiadują się o tym, kto znajdzie się w meczowej 18 dopiero w dniu spotkania. To wbrew pozorom nie jest taka błaha sprawa. Piłkarze przyjeżdżali w dniu meczu na stadion przygotowani na wyjazd, by po chwili dowiedzieć się, że mogą wracać do domu. Pod koniec sezonu, gdy mniej więcej wiedzieliśmy, kto zagra, a kto nie, część zawodników zaczęła ignorować życzenie trenera i przyjeżdżała do klubu w "cywilu". Zresztą od meczu z Górnikiem Polkowice można powiedzieć, że wszystko stało na głowie. Odprawy przedmeczowe trwały kilka minut lub nie było ich wcale. Podobnie z analizami. Poprawiła się też atmosfera. Zaczęliśmy żartować, czasami ktoś kogoś opieprzył. Wcześniej zdarzało się, że na treningach było pobożnie jak w kościele. Tak się nie da pracować.
Kiedy zdał Pan sobie sprawę, że Pana czas w Ruchu dobiega końca?
- Spodziewałem się tego już pod koniec sezonu. Już miesiąc przed zakończeniem rozgrywek pytałem działaczy, trenera: "Jaka będzie moja przyszłość?". Trener mówił, że "nie wie", a potem dzień po zakończeniu rozgrywek wypalił, że "nie chce już ze mną współpracować". Ja nic nie mam nic do Marka. Chciałbym tylko, żeby zaczął traktować piłkarzy jak ludzi. Żeby można było z nim pogadać, by nie zaczynał jeść obiadu wtedy, gdy drużyna opuszcza stołówkę.
Pod koniec sezonu byliśmy naprawdę dobrze rozumiejącym się zespołem. Na festyn w Wilczy, który odbył się w czasie naszych urlopów, przyjechał prawie cały zespół, a niektórzy z nas, by zagrać z kolegami, przejechali pół Polski. Mam żal, że to wszystko zostało zaprzepaszczone. To, na co wspólnie pracowaliśmy przez trzy lata. Szkoda...
Czy podobna sytuacja zdarzyła się już kiedyś w Ruchu?
- Może i było gorzej, ale nigdy zespół nie był tak zjednoczony. W życiu nie miałem takiego trenera, który miałby tak słaby kontakt z drużyną, z kibicami.
Pana powrotu do zespołu najgłośniej domagają się właśnie kibice. Przyzna Pan jednak, że dewastowanie własnego stadionu to już przesada. Dlaczego Pan się nie odciął od tych chuliganów?
- Nigdy nie akceptowałem wandalizmu. Potępiam to, to jest niedobre. Uważam jednak, że powinno się leczyć przyczynę, a nie skutek.
Zastanawiał się Pan, kiedy tak poróżnił się Pan z trenerem Wleciałowskim?
- Myślałem o tym i doszedłem do wniosku, że były dwa takie momenty. Pierwszy, gdy trenerem Ruchu był Orest Lenczyk, a ja z Markiem byliśmy jego asystentami. Gdy Lenczyk odszedł, uznałem, że też powinniśmy się podać do dymisji. Marek został. Potem poróżniliśmy się jeszcze raz, po spadku Ruchu do drugiej ligi. Marek zadeklarował, że pomoże drużynie na boisku, a potem znienacka oświadczył, że rezygnuje z powodu kontuzji. A tę kontuzję leczył od dawna...
Co Pan teraz będzie robił?
- Kupię sobie bilet i nadal będę chodził na mecze Ruchu. Dostałem propozycję, by zostać w klubie, łącznie z rozpisanymi awansami [z naszych informacji wynika, że z prezesurą włącznie - przyp. red.]. Nie chciałem tego. Nie chciałem być nad trenerem. Nie teraz.
Czy rozważa Pan możliwość powrotu do zespołu?
- Pewnie. Cały czas trenuję. I nadal będę to robił, także dla zdrowia.
Jak Pan sądzi, jak Ruch będzie sobie radził bez Śrutwy?
- Życzę mu jak najlepiej. Wszystko będzie zależało od dwóch, trzech pierwszych spotkań. Siłę drużyny poznamy jednak dopiero w meczach z najsilniejszymi: Piastem, Zagłębiem, Jagiellonią.
Czy dotarło do Pana, że to już naprawdę koniec?
- Nie dotarło. Jak ktoś biegał za piłką od ósmego roku życia, to trudno tak nagle zerwać z przeszłością. Nie ma dnia, żebym nie spotkał się z kolegami z zespołu. Wiem, co dzieje się w klubie, żyję tym. Wciąż jestem udziałowcem Ruchu. Planuję mieć jeszcze więcej akcji.
Zagra Pan w innym klubie?
- Nie.
Co po latach będzie Pan wspominał najmilej?
- To, co będę pamiętał (śmiech). Zawsze będę miał przed oczami taki obrazek: moja córeczka biega po budynku klubowym w niebieskiej koszulce z nazwiskiem Śrutwa na plecach. Jest z niej dumna, czeka na swojego tatę... Druga sprawa to kibice - im dziękuję za wspólne lata najbardziej.
A bramki?
- Może wyda się to dziwne, ale pamiętam każdą. Od tej pierwszej zdobytej w meczu z Motorem Lublin, z podania Darka Fornalaka, do ostatniej, którą strzeliłem dzięki asyście Grażvydasa Mikulenasa. Pierwszy mecz w barwach Ruchu zagrałem przeciwko Polonii Bytom, w której zaczynałem karierę, ostatni - jak na razie - też przeciwko Polonii. Prawda, że to romantyczne (śmiech)?
Działacze myślą o pożegnalnym meczu. Weźmie Pan w nim udział?
- Kto wie? Przez lata uzbierałem wiele pucharów, pamiątkowych tabliczek. Mam je w domu. Na strychu mam takie miejsce, o którym moja żona mówi "kapliczka". Co do pożegnalnego meczu, to być może uda się zagrać przeciwko Atletico Madryt? Na taki pomysł wpadli kibice, którzy przyjaźnią się z fanami hiszpańskiej drużyny. Gdyby się udało, to byłoby świetnie! Na takiego rywala mogę poczekać nawet kilka lat.
Gazeta Wyborcza




