» Nowości
Marek Wleciałowski, trener "niebieskich": Pewne sprawy nie powinny wyciekać z klubu
Ruch przegrał w sobotę trzeci mecz z rzędu. Sytuacja "niebieskich" staje się bardzo trudna. Chorzowianie zajmują trzecie miejsce od końca i nawet jeżeli w piątek Komisja Odwoławcza PZPN-u odda Ruchowi sześć punktów, to zespół i tak będzie w gronie drużyn, którym grozi spadek do III ligi.
Wojciech Todur: Dlaczego "niebiescy" mają takie problemy ze zdobywaniem punktów?
Marek Wleciałowski: Mecze w drugiej lidze często toczą się do pierwszego błędu. Zespoły są zbliżone poziomem i tak naprawdę różnica między drużynami, które stoczą walkę o awans, a tymi, którym przyjdzie pożegnać się z drugą ligą, wcale nie jest tak duża. Często o losach meczu decyduje odporność psychiczna. Piłkarze, którzy aż tak bardzo nie potrzebują punktów, potrafią wyczekać rywala. Zmusić go do błędu. Mój zespół wychodzi na boisko z myślą: musimy atakować, musimy zdobyć punkty. Niestety, kończy się to tak, że to my jesteśmy wypunktowani...
W ciągu kilku dni Ruch rozegrał dwa mecze z Widzewem i Śląskiem Wrocław. Oba spotkania przegraliście 0:2, z tą jednak różnicą, że z drużyną z Łodzi graliście momentami znakomicie, tymczasem w meczu ze Śląskiem z boiska wiało nudą. Dlaczego?
- Środowy mecz z Widzewem kosztował zespół ogrom sił. Cały czas atakowaliśmy. Przez ostatnie tygodnie gramy właściwie co trzy dni, to musi w końcu wyjść. Piłkarze po prostu czują to w nogach. W sobotę przyszedł kryzys.
W tym meczu postawił Pan na Krzysztofa Bizackiego. Czy to był błąd? Kibice nie mogli mu darować słabej gry i gdy schodził z boiska głośno gwizdali.
- Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że się pomyliłem. Krzysiek dostał szansę, to był czas dla niego. Niestety, z każdą minutą tracił wiarę we własne umiejętności. Bardzo to przeżył. Niestety, piłka nożna bywa brutalna, a boisko wszystko weryfikuje.
Dlaczego nie stawia Pan odważniej na młodzież? Mateusz Markiewicz czy Piotr Ćwielong w zimowych sparingach prezentowali się lepiej niż przyzwoicie. Teraz ich nie ma...
- Na pewno nie dlatego, że jest to moje widzimisię. Wbrew pozorom poprzeczka, jaką stawia przed zawodnikami druga liga, wisi wysoko. Ci piłkarze przegrali na dziś rywalizację o miejsce w składzie. Wierzę, że tylko na chwilę, że podejmą wyzwanie i wrócą do rywalizacji ze starszymi zawodnikami. To już jednak zależy od nich.
W niedzielę rezerwa Ruchu przegrała 0:1 z druga drużyną MKS-u Siemianowice Śląskie. Czy to też po części odpowiedź na to, dlaczego młodzież nie gra w drugiej lidze?
- Martwi mnie gra rezerw. Pewnie, że można się tłumaczyć, że goście przeprowadzili jedną akcję i zdobyli zwycięskiego gola. Że po naszych strzałach piłka zatrzymywała się na słupku bądź poprzeczce. Że w końcu rezerwowe boisko jest tak nierówne, że trudno rozegrać akcję składającą się z kilku celnych podań. Wszystko to jest jednak nieważne, gdy kończy się mecz wygraną. Zresztą podobnie jak w drugiej lidze. Wynik decyduje o atmosferze, ocenie pracy piłkarzy i mojej.
Przed meczem ze Śląskiem długo rozmawiał Pan z piłkarzami. Czy znowu wraca temat "szatni Ruchu"? Czy wszyscy w klubie - Pan, piłkarze, działacze - gracie jeszcze w jednej drużynie?
- Wierzę, że nadal jesteśmy zespołem i wszystkim zależy na wygranych w równym stopniu. Szatnia Ruchu to nie jest dla mnie temat wiodący. To temat zastępczy, pojawia się, gdy drużyna nie zdobywa punktów.
Piłkarze mówią w prywatnych rozmowach, że mają ciężkie nogi, że brakuje im treningów z piłką. Jak Pan to skomentuje?
- A jakie mają mieć nogi, skoro grają co trzy dni? Muszą się czuć jakby biegali z workiem cementu na plecach, ale zaręczam, że ich rywale czują to samo. Co ciekawe jednak, w przypadku innych drużyn nikt o tym nie mówi. Ruch już jest takim rozgadanym klubem, w którym wszyscy mają coś do powiedzenia. Martwi mnie to, bo pewne sprawy nie powinny wyciekać z klubu. Moi zawodnicy są zmęczeni, bo atakują, a atak kosztuje zawsze więcej sił niż obrona. Żaden zespół nie gra w ofensywie non stop. Piłkarzy dopadają kryzysy, przytrafiają się im chwile przestoju.
Po meczu ze Śląskiem Pan też doświadczył gniewu kibiców. Co bardziej nerwowi fani domagali się Pana dymisji. Jak Pan znosi taką krytykę?
- Rozumiem kibiców, mają swoje prawa. Dobrą atmosferę tworzą wygrane, sukcesy. Ruchowi brakuje zwycięstw stąd i ich nerwowość. Bywa tak, że kibic cieszy się i bije drużynie brawo po słabym, ale wygranym meczu. Wyniki determinują wszystko.
Gazeta Wyborcza




