» Nowości
Wojciech Grzyb, nowy piłkarz Ruchu Chorzów, dla "Gazety": - Serce mam niebieskie
Wojciech Grzyb wziął wczoraj udział w sesji fotograficznej Ruchu Chorzów. Z namaszczeniem założył koszulkę z niebieską "R-ką" na piersi. - Marzenia się spełniają - uśmiechnął się. Nie dał się jednak namówić, by ucałować logo ukochanego klubu. - Na to przyjedzie jeszcze czas - zapewnił.
32-letni obrońca wraca do Ruchu po 12 latach przerwy. Nigdy nie ukrywał, że jest fanem "niebieskich". Wychowanek chorzowskiego klubu grał na Cichej tylko w grupach juniorskich. Potem piłkarski los rzucił go do Górnika Mysłowice, grał także w Victorii Jaworzno, Ruchu Radzionków i Odrze Wodzisław. W ekstraklasie rozegrał 160 spotkań. Wszędzie stawiano go za wzór solidności.
Pana miłość do Ruchu to trochę historia jak z kart starego romansu. Co pół roku mówiło się, że trafi Pan na Cichą, tymczasem lata mijały...
- Trochę mnie już to śmieszyło. Było tak, że coś tam w trawie piszczało, ale do konkretów było daleko. Najśmieszniejsze było to, że gdy grałem w Radzionkowie i deklarowałem, że chętnie zagram w Ruchu, to moje wołanie pozostawało bez odzewu. Było to dla mnie o tyle niezrozumiałe, że grała w Chorzowie kolonia krakowska, łódzka, a mnie nie chcieli. Przychodzę do Ruchu, gdy mój ukochany klub jest w drugiej lidze. Trzeba się zderzyć z brutalną rzeczywistością. Obiecuję dać z siebie maksimum sił i zaangażowania - co zresztą robię na boisku zawsze - by szybko to zmienić. Będzie to o tyle łatwiejsze, że kolor serca mam taki sam jak barwy klubu.
Rzadko się zdarza, by piłkarz stawiał grę w drugiej lidze ponad występy w ekstraklasie. Przecież nadal mógł Pan występować w Odrze Wodzisław.
- Ale przecież ja spełniam swoje młodzieńcze marzenie! Grałem w Ruchu w trampkarzach, grałem w juniorach... nigdy nie miałem szansy, by założyć niebieską koszulkę i powalczyć o punkty w lidze. Lepiej późno niż wcale.
Ponoć w Wodzisławiu zarzucają Panu brak ambicji.
- Nie zgadzam się z tą opinią. To nie jest brak ambicji ani tym bardziej krok w tył! Myślę, że to spore wyzwanie. Przychodzę do klubu, który jest w trudnej sytuacji. Na pewno nie zbawię Ruchu, umówmy się, że Ronaldinho to ja nie jestem. Chcę wprowadzić w Chorzowie nową jakość. Pomóc drużynie grać lepiej, co w przyszłości - ale o tym jeszcze cicho - zaowocuje awansem do ekstraklasy. Mamy ambitnego trenera, na pewno wyciśnie z nas ile się tylko da.
Zdarzało się, że pojawiał się Pan na meczach Ruchu z szalikiem chorzowskiego klubu, a pod piłkarską koszulkę zakładał coś niebieskiego. Jak to odbierali Pana koledzy w szatni, kibice?
- Koledzy wiedzieli, że jestem "niebieski". Przyjmowali to raczej żartobliwie. A kibice... Największy problem pojawił się, gdy zostałem wybrany piłkarzem roku w Wodzisławiu.
Wtedy wyszło na jaw, że nie kryję się z miłością do Ruchu i zaczęły się nieprzyjemności. Obrażano mnie. Wyjaśniliśmy jednak sobie co i jak i jakoś to było. Teraz jestem w komfortowej sytuacji - sentyment zderzył się z odwieczną miłością (śmiech).
Gazeta Wyborcza




