» Nowości
Marokańczyk trenuje z Ruchem Chorzów
Salah Sibouih, 32-letni obrońca, pierwszy raz trenował z Ruchem w sobotę, wczoraj ponownie pojawił się na zajęciach "niebieskich".
Salah Sibouih, 32-letni obrońca, pierwszy raz trenował z Ruchem w sobotę, wczoraj ponownie pojawił się na zajęciach "niebieskich". Sibouih, pomimo że ostatnie pół roku spędził w IV-ligowym Beskidzie Skoczów, nie jest piłkarzem przypadkowym. Grał w marokańskich klubach pierwszoligowych: FUS, UTS i FAR Rabat. Podkreśla, że wystąpił kilka razy w reprezentacji Maroka, gdy trenerem kadry był Henryk Kasperczak. - Bardzo go szanuję. To dobry trener, choć z naszą reprezentacją sukcesów nie osiągnął - przypomina. Grał też w Arabii Saudyjskiej w drużynie z Rijadu.
Ruch to dobry znak
Sibouih pierwszy raz trafił do Polski w 2000 roku. Z zespołem FUS Rabat przyjechał wtedy na zgrupowanie do Wisły. Piłkarze z Maroka ciężko trenowali w Beskidach, a wieczorem dla poprawy nastroju wybrali się na dyskotekę. Tam Salah poznał Mariolę Czyż. Gdy wyjechał, tęsknił. Często dzwonił do Wisły. Po roku wrócił, gdy jego zespół znowu przyjechał w Beskidy na zgrupowanie. Wtedy Salah ośmielił się i zaprosił Mariolę do siebie. Już w Rabacie poprosił dziewczynę, by została jego żoną. - Wzięliśmy ślub cywilno-religijny. Trudno powiedzieć, żeby był to obrządek muzułmański. Nie było wesela, bo mąż nie lubi hucznych przyjęć - opowiada pani Mariola.
Wielkie przyjęcie urządzono natomiast, gdy na świat przyszedł Anas. Syn państwa Sibouih ma już półtora roku. - Mieszkaliśmy w Rabacie dwa i pół roku. To piękne i przyjazne ludziom miasto - mówi Mariola Sibouih. Wiosną ubiegłego roku małżeństwo podjęło jednak decyzję o przeprowadzce do Polski.
Salah nie boi się mrozu, do zimna przyzwyczajał się dzień po dniu - od maja ubiegłego roku, kiedy przyjechał do Polski na stałe. Teraz jednak nie rusza się z domu bez ciepłej czapki i rękawiczek. - Wiele osób myśli, że skoro jestem z Maroka, to nie widziałem śniegu na oczy. Tymczasem u nas też jest zima. Są miejsca w górach, gdzie można jeździć na nartach nawet w maju. Takich mrozów jak w Polsce jednak u nas nie ma - podkreśla.
Po przyjeździe do Polski Salah nadal chciał grać w piłkę, za późno zaczął jednak szukać klubu i w końcu zdecydował się kontynuować karierę w IV-ligowym Beskidzie Skoczów. Oczywiście był tam wyróżniającym się piłkarzem. - Od początku wiedziałem, że to tylko przystanek na pół roku - mówi.
Teraz poszukiwania nowej drużyny zaczęły się na nowo. - Rozesłałam CV męża do kilku klubów. Czuję się trochę jak jego menedżer - uśmiecha się pani Mariola, która jest tak naprawdę kosmetyczką. W końcu postanowiliśmy zaryzykować i przyjechaliśmy na trening Ruchu. Gdy Salah był pierwszy raz w Polsce, jego FUS grał sparing z chorzowskim klubem. Pomyśleliśmy, że to dobry znak - dodaje. - Ruch to dobry klub. Uznana firma. Mam nadzieję, że mi się powiedzie i zostanę tu dłużej - mówi piłkarz. Marokańczyk z Wisły spodobał się trenerom i działaczom Ruchu. Będzie trenował z chorzowską drużyną przez najbliższe kilka dni, po czym zapadnie decyzja, czy podpisze z "niebieskimi" kontrakt.
Tęskni za ojczyzną
Nie ma tygodnia, żeby Marokańczyk nie dzwonił do domu. Ma brata i trzy siostry. Jedna z nich - Khadija - jest dyplomowaną kucharką i pracuje na dworze siostry króla Maroka. Gdy Salah ma problem w kuchni, często dzwoni do niej po radę. Ulubionym daniem piłkarza jest tajine (tażin). Słowo to oznacza zarówno naczynie (ozdobną miseczkę z terakoty z typową stożkowatą pokrywką), jak i jego zawartość (potrawka z mięsa, drobiu, ryby przyrządzona z duszonymi warzywami). Tajine jest w Maroku potrawą narodową. - Z jego przyrządzeniem nie ma większych problemów. By smak był taki sam jak w domu, trzeba mieć jednak marokańskie przyprawy. Mamy zapas, a gdy się skończą, zawsze możemy liczyć na pomoc rodziny - uśmiecha się.
Gazeta Wyborcza




